


Nie wiem co dzisiaj ze mną się dzieje, mam głowę pełną myśli i mogłabym tak pisać i pisać, bo chyba to jest łatwiejsze i przyjemniejsze niż rozmowa z kimś, kto pewnie nawet nie zrozumie co czuje, czy tego co chcę przekazać mówiąc. Czasem mnie to strasznie irytuje, że ludzie mają inny tok myślenia niż ja, tak ciężko jest mi wtedy gdy mówię im coś co ma dla mnie wielkie znaczenie a w ich oczach widzę otępienie lub chęć zmienienia tematu na łatwiejszy, czy bardziej zrozumialszy. Wiem że tego i tak nikt nie czyta, być może jakieś nieliczne przypadkowe osoby. Piszę zawsze tu z nadzieją że jednak znajdzie się ktoś kto mnie zrozumie chociaż w jakieś części.
Przeczytałam właśnie bardzo ciekawą i poruszającą rzecz, między innymi fragmenty listu dziewczyny chorej na raka, która w pełni zdawała sobie sprawę, że umiera i miała z tego powodu ogromny żal. I zaczęłam sie zastanawiać co jeśli ja bym była w takiej sytuacji. Umierała. Czy żałowała bym czegoś? Jakie były by moje pragnienia? Nie wiem jak by to było wtedy, ale wiem jak jest teraz. Nie żałowałabym chyba niczego, bo nie warto czegokolwiek żałować, jeżeli i tak nie jesteśmy w stanie na to już zaradzić. Czy miałabym pragnienie? Pewnie tak, jedno którego tu nie wyjawię. Na pewno chciałabym zakończyć to jak najszybciej, nie pogodziłabym się z patrzeniem na ból bliskich, szczególnie mojej mamy która i tak już została skrzywdzona przez życie. W każdym razie nie bałabym się tego. Teraz też się nie boję, śmierć nie jest straszna i dzisiaj się o tym przekonałam. Straszna jest dla mnie jedynie śmierć bliskich..
Właśnie wchodzi do mnie moja Alicja, może chociaż trochę zapomnę. Pośmieję się, może.
W piątek bal, mam częściowo sukienkę i jak na razie jestem zadowolona, zobaczymy jak efekt końcowy. Potem wycieczka i koniec roku. Czuje ulgę i żal. Ulgę bo już chciałabym odejść i zmienić swoje życie, a żal, bo zakończę pewien bardzo ważny rozdział w swoim życiu, stracę kontakt z ludźmi którzy znaczą dla mnie bardzo wiele, mam nadzieję że w ich miejsce pojawią się inni, równie zajebiści. Jedna wielka nie wiadoma, przerażająca, ale jakoś też i ekscytująca.
Ehhh, zmęczył mnie ten dzień niesamowicie, wiem że kolejne będą tak samo męczące. Nie wiem kiedy to się zakończy, chyba zacznę się aż modlić by to minęło, może jednak faktycznie jest ktoś kto potrafi mi w jakiś sposób pomóc?
Moje demony życia..

Niewiarygodne, że po tylu latach to nadal daje mi ulgę. Ból staje się najlepszym sprzymierzeńcem w pokonaniu czegoś co jest także bólem, jednak tylko jeden z nich da się znieść. Będę żałować jednak w tej chwili nic się tak nie liczy by tylko jakoś wyjść na prostą.

Jest coraz gorzej, mimo że powinno być coraz lepiej. I patrząc na to z innej perspektywy tak jest. Bo mam wszystko, dzieje się mnóstwo niesamowitych rzeczy, ale to nie może mi wynagrodzić braku drugiej osoby. Po prostu przyzwyczaiłam się do tego że mam kogoś obok siebie. Owszem osoba która była wtedy, była ważna, ale różnica uczuć po prostu. Po tym poznałam wielu świetnych ludzi, ale to chyba nie to czego oczekuje. A teraz muszę walczyć o pragnienia, o miłość, odwzajemnioną, o bezpieczeństwo i troskę. Znajdę. Niestety dziś uświadomiłam sobie że szukam tego u kogoś nieodpowiedniego,a droga tędy nie prowadzi. A na pewno nie uda mi się to dopóki nie wyzbędę się swojego cierpienia. Tęsknota jest do pokonania, jeżeli przeciwstawi się z racjonalnym myśleniem.

Zaczynam bardzo tęsknić za swoją naiwnością, było chociaż łatwiej. Wiem że to głupie, ale tak bardzo za tym tęsknie, by było dobrze, bym jednak wierzyła. Prawda jest dobra, ale to nie znaczy że daje nam szczęście, w tym przypadku mi je odebrała. Jest mi tak cholernie źle, z dnia na dzień okazuje się gorzej i gorzej. I chyba wcale nie będzie lepiej mimo że tak szaleńczo tego pragnę. Naprawdę. Szaleńczo…

Staje się to moim codziennym koszmarem. Sama sobie to zafundowałam. Norma..
Jak się tego pozbyć? Chyba nie da rady, aby to zrobić musiałabym pozbyć się także wszystkiego z tym związane. Więc nie mam innego wyboru, niż to aby się z tym męczyć. Najgorsze jest to, że nie wiem czy to się kiedykolwiek skończy.

Lubię.. oglądać Pottera, kluby, zabawę, tańczyć poznawać ludzi, być pośród nich, podróżować, fotografować, dokumentować, przeżywać, śmiać się, długie rozmowy, dobrze wyglądać, jeść, pić, być zadowoloną, być właśnie tam, poznawać, wspominać, doznawać nowości, beztroskość, się bać, zamieszanie, ciekawostki, długie spacery, słońce, wygłupy, ryzyko, zażywać, szczerość, tajemnice, pisać, ogniska, namioty, noc, wieczór, długo spać, czytać, ludzi. Ale co z tego?

Nie poddam się, mimo że jest w cholerę ciężko moja motywacja nie upadnie. Owszem, nie miłe ale dało mi wiele do zrozumienia…. Zresztą to głupie gadanie, bezsensu, jest chujowo i tyle i trzeba z tym żyć, pewnie teraz inaczej ale żyć. Nic więcej do powiedzenia chyba na dziś nie mam, nie mam po prostu siły.

Ciężko jest uchwycić pewne myśli i uczucia w słowa. A szkoda bo chyba tylko taki sposób pomaga mi się od nich w jakiś sposób uwolnić. Dużo mnie ostatnio męczy, nie z zewnątrz ale od wewnątrz. Głupie bo psuje sobie wszystko to co się tak dobrze układa, zjebanymi, niepotrzebnymi ”przemyśleniami”.
Dobra chuj w to, chciałam się skupić na czymś innym, na czymś co chodzi mi od kilku dni po głowie, czyli krótko mówiąc śmierci. Dużo ludzi nie chce o tym rozmawiać, w pewnym sensie rozumiem, ale z drugiej strony powinniśmy się z tym oswajać. W końcu bądź co bądź dopadnie każdego. Osobiście nie boję się śmierci, ani tego co będzie po niej. Szczerze mówiąc nawet mnie to ciekawi bo osobiście nie koniecznie wierze w niebo czy piekło, raczej wydaje mi się, że to koniec wszystkiego. Naszej świadomości, uczuć, myśli. To nie jest dla mnie straszne, ale gdyby okazało się, że jednak na tym to wszystko się nie kończy, to jedyną rzeczą która mnie w tym przeraża to możliwość tęsknoty. Odejść sama. Zostawić tych których kocham tu, w tym świecie. Zniosę największy ból, ale gdy mam się zmagać z tęsknotą moja porażka jest oczywista już na samym starcie. Po prostu muszę mieć tych najważniejszych obok siebie, bo oni nadają wszystkiemu sens.
Czy pragnęłam kiedyś śmierci, myślę że większość z nas w głębi kiedyś tego pragnęła, a jak nie to zapragnie. Nie jestem osobą z psychiką ze stali, a problemy czy głupie myśli nie raz mnie nazbyt przygniatają, w takich chwilach myślę o uwolnieniu się od wszystkiego. Takie zrzucenie całego tego życiowego obowiązku. Kuszące prawda? Ale stety czy niestety nie mogę o tym zadecydować, bo nie żyję sama dla siebie, mam pewne zobowiązania co do najbliższych. Nie mogłabym im sprawić tak wielkiego cierpienia. W sumie to tylko 2 osoby. Chyba wystarczyłoby by tylko jedno z nich odeszło bym nie wytrzymała, bo bez jednego i drugiego nie potrafiłbym żyć. W jaki sposób bym chciała odejść? W samotności, przy mojej piosence uśpić się już na zawsze. Zawsze tak marzyłam odejść, we śnie. W sumie, beze mnie nic by się nie zmieniło. Jedną szarą, niewyróżniającą się niczym osobę mniej. Straszne, ludzkie życie jest tyle warte a gdy się je traci, nic po nim nie zostaje, zaledwie pamięć, na chwilę..

Dziś wracając w stanie lekko zachwianym, miałam kilak bardzo dobrych przemyśleń na temat rzeczy, których powinno się żałować. Ale niestety do tej pory zgubiłam gdzieś te przemyślenia, może to i lepiej. Tak po wczorajszej rozmowie, zaczęłam coraz częściej myśleć o tym czy dobrze robiłam, puszczając te wszystkie rzeczy w niepamięć. Jednak w sumie one nie poszły aż w taką niepamięć bo jednak zadra w sercu nadal jest i już na zawsze tam pozostanie. Nie mam na to wpływu. Ale jednak wybaczyłam, a teraz mam coraz częściej obawy na ten temat czy słusznie. Niby nie powinnam słuchać inny, ale czasem warto wziąć sobie do przemyślenia to co mówią. Jednak ten błąd nie wystąpił raz czy dwa, pojawiał się dosyć często i ranił mnie za każdym razem mocniej. Podobnosz ludzie się nie zmieniają, czy tak jest? Nie wiem, dowiem się jakoś w najbliższym czasie. Taki mały eksperymencik, chociaż w skutkach może się okazać dla mnie niesamowicie bolesny. Jednak powinnam jak na razie odejść od przeszłości i skupić się na teraźniejszości. Jednak i tu źle się dzieje. Kolory tęczy, słodkości i inne cudaśne zajebistości zaczynają zanikać a przez nie przedostaje się szara rzeczywistość. Daje mi znać że zbyt długo chodziłam z głowa w chmurach. I może miała racje, zeszłam na ziemie i otworzyłam oczy, niestety ukazał się przede mną nie miły widok życia. Kiedyś nie chciałam dawać z siebie wszystkiego , bo bardzo na tym cierpiałam. Niestety znów się zaangażowałam no i standardowo lekko mówiąc dostałam ostro po dupie. Ludzie to wykorzystują, a najgorsze w tym jest chyba to, że najbardziej robią to najbliżsi. Bolesne co? Dajesz ludziom siebie, poświęcasz im się bo naprawdę ich kochasz, a oni maja to naprawdę w dupie, a nawet niesamowicie to wykorzystują. Cierpliwość, poświęcenie, czas. Myślałam że chociaż osoby najbliższe to jakoś docenią , uszanują a tu taki chuj. Nikt już nie szanuje tego co daje nam drugi człowiek, dlatego ludzie stali się samolubni i oschli względem siebie, aby tylko nie zostać zranionym. I w pełni to rozumiem. Już nawet ufać nie można nikomu. Przynajmniej w mojej sytuacji. KAŻDA osoba której zaufałam, w pełni czy nie, moje zaufanie zawiodła. bez wyjątku. I nie oszukujmy się, jeżeli zaufanie zostało raz zburzone to NIGDY nie da się go w pełni odbudować. Fakt faktem jakoś po większych staraniach zawsze można jakoś trochę się zrehabilitować. Ale to już nie to samo. Chyba zbyt bardzo poniosło mnie z mymi dzisiejszymi przemyśleniami, czas podjąć dalszą walkę z jakże cudowną geografią…

Mam przykład. Jaki on był, jego tok myślenia, jego upartość i wieczne przekonanie o racji swych poglądów. Nie słuchał innych. Żył dla siebie. I do czego doprowadził ? Tak było, jest i będzie. Dopiero dostrzegłam jak wielkie łączy was podobieństwo. Konsekwencję i tak Cię dopadną jak i jego. Nie zdajesz sobie nawet jak wielkiej wagi one będą. Ostrzegałam, ale ty widzisz słuszność tylko swojego zdania. Ja odpuszczam.

O to ja. Przychlaścik taki.
Tak ogólnie to ostatnio wiele się działo. Może i za wiele. Mimo że lubię zamieszanie, jakieś niespodziewane sytuacje to jednak jest tego za wiele, szczególnie, że większość to po prostu problemy. Musiałam pożegnać się z moimi kredkami do kolorowania tego monotonnego, nudnego życia. Czy jest mi z tym źle? Owszem, bardzo źle. Nikt nie wyobraża sobie nawet jak strasznie źle. Jednak nie mogę nic z tym zrobić. Oczywiście że mogę, ale nie chcę zawieść. To nie jest najważniejsze. Zresztą mam przecież jeszcze jedną kredkę, taką wielokolorową, całkowicie wystarczalną. Tylko dzięki niej, a właściwie niemu widzie jakiekolwiek kolory w tym syfie.
Bo życie to wielki syf, czasem zabawny. Jednak często przygniata nas tak bardzo, że nie potrafimy sobie z nim poradzić.

Przydatna taka przerwa. Nie wiem, wiem jakie będą tego wszystkiego konsekwencje. Mam poczucie winy, ogromne. W sumie gdyby nie ja, nie moje błędy, nic by nie było. Wystarczą 4 miesiące a ten człowiek przestanie mi niszczyć życie. Zbyt wiele narobił złego, taki rzeczy się nie zapomina, nie wybacza. Za takie rzeczy ponosi się konsekwencje. On je w jakiejś części poniósł, ale to jeszcze nie koniec.. Jak to jeden toksyczny śmieć, potrafi zatruć życie tak wielu osób i robić to przez taki kawał czasu. Wiem, jestem winna, mam wyrzuty, że do tego dopuściłam, ale z drugiej strony należało się. a dumna i radość, tłumiona przeze mnie z całych sił, siedzi tam w środku.
Wsparcie jest mocną rzeczą. szczególnie takie od najbliższych. Umacnia nas w przekonaniach, czy czynach które ze strony moralnej są niedopuszczalne, ale z drugiej sprawiedliwość tego wymaga. Są to naturalne odruchy ludzkie, w naszym świecie zresztą coraz rzadziej spotykane. Z dnia na dzień gubimy rozsądek, uczucia, własne zdania oraz poglądy, nasze ostatnie resztki człowieczeństwa. Są one wytrącane przez nas samych z powodu strachu czy też tego, że jest nam to narzucane.
Dziś, wszystko co dobre, jest złe.

Przypomniałam sobie te wszystkie następne miesiące, które nastąpiły potem, kiedy brnęłam przez miasto, przez ludzi przez życie z tępym bólem czegoś, co nazywa się sercem, ale jest chyba tylko samym, właściwym, prawdziwym, jedynym piekłem i niebem scalającym się w jedno. Gdy codziennie, umierałam i zmartwychwstawałam na nowo, aby kochać, i aby przegrywać swoją miłość; i kiedy zrozumiałam, że właściwie w tej największej sprawie życia ludzie nie są w stanie pomóc sobie nawzajem, i że są wobec siebie bezwładni jak kukiełki, którym puszczono sznureczki.
Za Tobą, choćby w ogień.